Bieg Rzeźnika – w 80 km do spełnienia marzeń 🙂

W zasadzie to nie wiem jak zacząć; minął tydzień od momentu, kiedy w środku nocy stanęliśmy w Komańczy na starcie Biegu Rzeźnika a ja ciągle słyszę bębny i czuję tę adrenalinę bijącą od tłumu blisko 1200 biegaczy, czekających na zmierzenie się z dystansem górskiego ultramaratonu i samym sobą.

profil trasy Biegu Rzeźnika

Pamiętam jak 2,5 roku temu pierwszy raz pobiegłem. Wróciliśmy z Zakopanego z tygodniowego wypadu na narty. Było wspaniale, zakochałem się ponownie w górach, w których nie byłem od lat. Pomyślałem, fajnie byłoby wybrać się w to miejsce i pojeździć tu na rowerach. Niestety, nasza ekipa rowerowa jakoś tak nagle się wykruszyła i dopadła mnie zimowa depresja. Coś trzeba było ze sobą zrobić. Któregoś pięknego dnia ubrałem swoje zimowe buty, grube spodnie narciarskie, polar i kurtkę softshell’ową (w końcu była zima!) zjechałem samochodem do nadmorskich alejek w Sopocie i pobiegłem 😉 100 m, 200 m, 500 m, CO JEST, nie daję rady, ale przecież jestem w miarę wysportowany. Niestety, te kilka tysięcy km przejechanych na rowerze mają się nijak do biegania. Przebiegałem jednak jakoś tę zimę bez planu, bez radości nie czując żadnych endorfin o których mówili i pisali inni biegacze. Dla mnie była to walka ze sobą i depresją; w zasadzie nie lubiłem biegać. Przyszła wiosna, potem lato, ucieszyłem się, koniec tej męki wałkowania 5 km i 10 km, walki z kontuzjami. Wróciłem do roweru i na znane ścieżki Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego; tu czuję się świetnie: las, przyroda. Jednak lato w naszym kraju trwa ile trwa i nieubłaganie zbliżało się do końca; jeszcze krótki wypad na żaglówkę wracamy do domu …

I zakochałem się!

Negra

Otwieramy drzwi i wybiega ona: śliczna, z czarną błyszczącą sierścią, białym krawatem i białą łatką na końcu ogona 🙂 trochę nieufna a zarazem szczęśliwa suczka po przejściach przygarnięta z Sopockiego Schroniska dla psów „Ciapkowo” Nazwaliśmy ją Negra. Nasz pierwszy wspólny spacer do lasu był dla niej wielką przygodą. Zauważyłem, że sprawia jej wiele radości …

I zaczęliśmy biegać, a moje życie się zmieniło 🙂

Ubrałem swoje długie leginsy i koszulkę rowerową i polecieliśmy do lasu 500 m, 1 km, 5 km, BIEGNIEMY jest RADOCHA są ENDORFINY więc to prawda :). Nagle zdałem sobie sprawę, że odstawiłem rower, a bieganie pochłonęło mnie całkowicie. Zacząłem szukać nowych ścieżek biegowych, które były coraz dłuższe 10 km, 15 km, 20 km, 36 km czyli prawie pierwszy maraton i zawsze wracaliśmy szczęśliwi. Poznawaliśmy powoli trójmiejskie środowisko biegowe. Negra została zaakceptowana przez biegaczy i sama ich pokochała. Zaczęliśmy wspólne treningi biegowe z grupą Xtrainer i Akademią Biegania. Ja dołożyłem jeszcze ćwiczenia crossfit’owe z grupą CROW i raz w tygodniu basen. Trudne trasy na orłowskim Klifie i długie wybiegania po TPK i nagle okazało się, że sprawnie pokonujemy dystanse około 50 km, tym samym zostaliśmy z Negrą takimi małymi ultrasami.

Wtedy w mojej głowie pojawił się plan, by wziąć udział w Biegu Rzeźnika, w jednym z najtrudniejszych biegów górskich na dystansie ultra w Polsce. Krótkie ogłoszenie o chęci startu i poszukiwaniu partnera do biegu na forum Akademii Biegania i w grupie Xtrainer, potem trochę zamieszania bo najpierw miałem biec z doświadczonym ultrasem, który przebiegł już Rzeźnika w zeszłym roku ale niestety zdecydował się na wersję hardcore. Koniec końców, zgadaliśmy się z Michałem i postanowiliśmy zadebiutować wspólnie, nie mając żadnego doświadczenia w tego typu biegach. Jeszcze tylko baaaardzo krótkie zapisy. Myślałem, że zejdę na zawał jeszcze przed biegiem. Uff, udało się! 🙂

Rzeźnik.

Tak więc stoimy w środku nocy na jakiejś asfaltowej drodze, jest ciemno i dosyć chłodno ale wraz z upływem czasu na starcie robi się coraz tłoczniej, można powiedzieć, że robi się zaduch. W tle słychać bębny. Czekamy na sygnał do startu, wszyscy niby uśmiechnięci ale czuć to napięcie i niepewność …

Na starcie Biegu Rzeźnika

3, 2, 1, huk wystrzału, START!

Zaczęło się! Ruszamy powoli, właściwie idziemy, na razie jako jedna wielka masa biegaczy, która tego dnia przetoczy się przez czerwony szlak bieszczadzki z Komańczy do Ustrzyk Górnych od której co jakiś czas odłączają się małe grupki świetlików. Mój plan był taki, żeby jak najdłużej trzymać się razem z naszymi przyjaciółmi z Akademii Biegania, Waldkiem i Łukaszem; razem z nimi wspólnie robiliśmy długie wybiegania w TPK więc wiedziałem, że to będzie tempo dostosowane do moich możliwości. Niestety, nie wiedziałem jak z wytrenowaniem u Michała. Wiedziałem, że miał na głowie studia i mniej czasu na trening, nie pojawiał się też na Klifach i jakoś znikł z facebook’a, trochę się denerwowałem. Nagle tracimy chłopaków z oczu. Sprawdzamy tempo 7’23 co jest? Czyżby Łukasz z Waldkiem biegli jeszcze wolniej, a może nas wyprzedzili? Jest ciemno, zaczęło padać i więcej patrzymy pod nogi niż wokół siebie. Michał zaczyna trochę wyrywać do przodu. Fakt, ten odcinek aż zachęca, żeby puścić hamulce, ale doświadczeni ultrasi, którzy pokonali już trasę Rzeźnika ostrzegali nas przed takim zachowaniem. Doświadczyłem już kiedyś przysłowiowej ściany forsując tempo w początkowej fazie biegu, nie mogę dopuścić do podobnej sytuacji na trasie, której nie znam (no znam tylko z papieru). Powoli zaczyna świtać, robi się szarówka, teraz odbijamy w lewo do lasu, zaczynają się pierwsze podbiegi. Jest wręcz mistycznie!

Niestety, jest bardzo wąsko i nie da się wyprzedzać, więc pokornie idziemy gęsiego, wyprzedzając tam gdzie umożliwia to ścieżka. Jest dobrze, nawet bardzo dobrze noga podaje, oddech spokojny. Nie taki straszny ten Rzeźnik! Tuż przed pierwszym punktem kontrolnym na przełęczy Żebrak doganiają nas Waldek i Łukasz. A więc byli za nami. Nieważne, teraz pociągniemy razem, wracamy do planu. Biegnie się bardzo komfortowo, wyprzedzamy kolejne drużyny i dobiegamy wspólnie do PK1. Na punkcie, niestety, zostajemy dłużej niż Team Akademii Biegania i musimy ich gonić: w rezultacie na przepaku w Cisnej jesteśmy 9 minut za nimi, ale wyrobiliśmy 1h25 minut zapasu.

Bieg Rzeźnika - przepak w Cisnej

Jesteśmy w dobrej kondycji, dobrze się nawadniałem, a pas biodrowy Salomon XT 1 sprawdził się doskonale. Na przepaku czeka na nas moja żona Kasia, buziak na 32 km to jak najlepszy shot energetyczny. Dobra, myślę, damy radę to jest do nadrobienia, ale nie za wszelką cenę. Wybiegamy z Cisnej przez mostek i ponownie wbiegamy do lasu, wydaje się, że będzie szybko 😉 skok przez rzeczkę, lekka górka, zakręt i … coś niesamowitego! Niekończące się podejście, nie takie trawersujące w poprzek stoku tylko pionowa ściana pod którą trzeba się wdrapać! Jest ciężko, nie byłem przygotowany na coś takiego, ale treningi crossfit’owe z przyjaciółmi z CROW, setki przysiadów w domu i ostatnie treningi podbiegowe dały efekty. Napieram bez kijków, jestem mocno podbudowany słysząc sapiących współtowarzyszy bieszczadzkiej rzezi. Jest dobrze, jednak muszę czekać na Michała chyba łapie kryzys bo informuje mnie „ja tym tempem nie dam rady” :(. Ok jesteśmy team’em: takie są reguły gry, puszczam Michała na chwilę przodem „ odpocznij napieraj swoim tempem” i tak wdrapaliśmy się na Jasło. Teraz spokojnie truchtamy do Fereczatej pojawiają się zbiegi, które uwielbiam, czuję się niesamowicie dobrze, gdzieś tu chyba jest zbieg pod wyciągiem o którym nas ostrzegano. No fakt, jest stromo, jest trochę błota, widać, że dla niektórych nie jest to łatwe zadanie. Upewniam się jak trzymają buty które wybrałem na ten bieg, Salomon Speed Cross 3: trzymają jak bolid formuły jeden przyklejony do toru, idealnie wyprofilowany na dobrych oponach. Zwalniam hamulce i lecę, ale frajda patrzeć na zdziwione miny innych biegaczy, potem jeszcze jeden zbieg no chyba przesadziłem weszło w mięśnie i BOLI! Ale teraz będzie 8 km po płaskim, jakaś odmiana …

Droga Mirka.

Tu trzeba cisnąć, można nadrobić podejścia i chwile słabości. Biegniemy, Michał spokojnie mówi „Piotr 5’20” mi pasuje ale ok zwalniam. Mimo bólu mam dobry humor, zagaduje biegaczy wyprzedzających nas i tych wyprzedzanych. Jestem pod wielkim wrażeniem Pani która biegnie raz za mną, raz przede mną, cały czas uśmiechnięta, tempo zaprogramowane jak w tempomacie to ja tak szarpię 🙂 Widać, że to nie jest bieg o wszystko, że to jest przyjemność z tego co robi. Podbiegam, wywiązuje się konwersacja, niesamowicie przyjemna, relaksująca, wręcz przyjacielska. Żartujemy, podbiega jej partner, okazuje się, że to małżeństwo. Teraz biegnę z Leszkiem, bo tak ma na imię mąż Marzeny. Robi się naprawdę interesująco, rozmawiamy o biegu Rzeźnika dowiaduję się, że Leszek i Marzena przebiegli go 10 razy. Trochę nie dowierzam, mówię o swoich skromnych planach, które i tak są dla mnie krokami milowymi, On mówi, że jak chcesz, jak wierzysz to jesteś zwycięzcą 🙂 Ok. włączam kamerę dobiegamy do przepaku w Smereku.

Rzeźnik Droga Mirka - biegnę z Leszkiem Rzeszótko

Droga Mirka.

Tu trzeba cisnąć, można nadrobić podejścia i chwile słabości. Biegniemy, Michał spokojnie mówi „Piotr 5’20” mi pasuje ale ok zwalniam. Mimo bólu mam dobry humor, zagaduje biegaczy wyprzedzających nas i tych wyprzedzanych. Jestem pod wielkim wrażeniem Pani która biegnie raz za mną, raz przede mną, cały czas uśmiechnięta, tempo zaprogramowane jak w tempomacie to ja tak szarpię 🙂 Widać, że to nie jest bieg o wszystko, że to jest przyjemność z tego co robi. Podbiegam, wywiązuje się konwersacja, niesamowicie przyjemna, relaksująca, wręcz przyjacielska. Żartujemy, podbiega jej partner, okazuje się, że to małżeństwo. Teraz biegnę z Leszkiem, bo tak ma na imię mąż Marzeny. Robi się naprawdę interesująco, rozmawiamy o biegu Rzeźnika dowiaduję się, że Leszek i Marzena przebiegli go 10 razy. Trochę nie dowierzam, mówię o swoich skromnych planach, które i tak są dla mnie krokami milowymi, On mówi, że jak chcesz, jak wierzysz to jesteś zwycięzcą 🙂 Ok. włączam kamerę dobiegamy do przepaku w Smereku.

Nawadnianie ważna sprawa!

Każdy to wie, wiem i ja i starałem się pić regularnie jednak nie mogę się przyzwyczaić do picia z wężyka. Może mam jakiś kiepski patent bo tani kupiony parę lat temu w jakiejś sieciówce? Wydawało mi się, że pije regularnie, a jakie było moje zaskoczenie gdy wyciągnąłem bukłak z plecaka w celu uzupełnienia?! Odpite zaledwie 200 ml na około 24 kilometrowy, odcinek biegu przeplatanego bardzo wymagającymi podejściami, a przecież najtrudniejsze odcinki przed nami. Wpadam w lekką panikę, wiem, że to się może zemścić. Lecę do bufetu, wypijam dwa kubki izotonika i chyba jeden kubek pepsi, potem jeszcze całą butelkę Powerade, wciągam banana i połówkę batonika z rodzynkami, bo serwowana na punkcie bułka po prostu nie przeszła by mi przez gardło i to nie dlatego, że wyglądała na niesmaczną ale nie radzę sobie z tego typu jedzeniem podczas wysiłku. Dobra, trzeba się zwijać bo czas ucieka. Wybiegamy z PK3, przebiegamy kładkę i już mamy wbiegać do lasu ale stajemy na moment jak wmurowani: tuż za kładką, na krzesełku, w garniturze, siedzi jakiś muzyk z wiolonczelą i coś tam pogrywa. No nieźle, myślę, muzyka poważna to pewnie będzie poważny odcinek. Coś żartujemy z Michałem i biegniemy dalej, ale z każdym metrem jest nam coraz mniej do śmiechu bo podejście pod Smerek nie jest łatwym zadaniem. Dobra, czas wyciągnąć kije i sobie pomóc. Z początku nie jest łatwo: o co tu chodzi?, kijek razem z nogą wykroczną, czy odwrotnie, a może najpierw kijki potem nogi? Walka z kijami pozwoliła mi zapomnieć o trudach wspinaczki i nim się obejrzałem już byliśmy na szczycie, a ja wypracowałem swoją własną „TECHNIKĘ” chodzenia z kijami :). Czy ja napisałem, że zdobyliśmy szczyt? Nie to jest jakaś niekończąca się góra, wdrapaliśmy się 600 m w górę, teraz zbiegamy do Przełęczy Orłowicza około 100 m w dół, by rozpocząć ponowną wspinaczkę jakieś 200 m w górę przez Osadzki Wierch do Schroniska PTTK „Chatka Puchatka” Czuję, ze jestem mocno nadszarpnięty, sięgam po żela energetycznego. Trudy tego odcinka rekompensują jednak widoki jakie rozpościera wokół nas Połonina Wetlińska i turyści, którzy nas dopingują.

Rzeźnik - Połonina Wetlińska

Usłyszeć skierowane w naszym kierunku słowa „jesteście wielcy” coś niesamowitego i budującego! Odzyskuję siły i wiarę w siebie! Zaczyna się długi zbieg do ostatniego punktu kontrolnego PK4 Berehy Górne zakończony zejściem jakimiś karkołomnymi schodami, na których wywijam oczywiście orła. W locie łapię się poręczy i tak sobie wiszę jak leniwiec i naprawdę niewiele mi się już chce. Złażę z poręczy. Uff, jestem cały ale było blisko! Jeszcze kilkaset metrów i wbiegamy z Michałem na punkt kontrolny. Jako, że przed momentem zwinnie jak kot wskoczyłem na poręcz, pozwalam sobie na Tigera, potem izotonik i przystaję na propozycję Michała by skorzystać ze spray’u Sport Ice, który dostaliśmy w pakiecie, bowiem zaczynam mocno odczuwać ból mięśnia czworogłowego. Ktoś rzuca „duża ta góra!”. Faktycznie jest wręcz kolosalna; na to ktoś z obsługi punktu żartuje (chyba :)) to tylko część tej góry. No dobra, trzeba się z nią zmierzyć …

Caryńska ileś ty mi krwi napsuła!!

Po dłuższej przerwie, bo Michał gdzieś zniknął, ruszamy z PK4 przez ulicę do lasu, potem przez mostek za którym zaczyna się niekończące się podejście. Nie wiem czy to faktycznie tak stroma góra, czy mam poważny kryzys. Czuję się jak króliczek z pewnej reklamy, któremu padły baterie, w zasadzie poruszam się histerycznymi zrywami, napieram 50 m po czym prawie bezwiednie opieram się na kijkach. Nie wiem ile czasu trwała ta mordęga, ile kilometrów pokonaliśmy, ale w końcu widać niebo i koniec drzew.

Rzeźnik 2014 - w drodze na Caryńską

Jest nadzieja! Ostatkiem sił ale z uśmiechem, docieram na szczyt wzniesienia z nadzieją, że teraz już tylko piękne widoki z Połoniny Caryńskiej i zbieg do wymarzonej mety… No to pięknie, jesteśmy za linią drzew, jest piękne niebieskie niebo i JESZCZE PIĘKNIEJSZA niekończąca się ścieżka, prowadząca do nieosiągalnego wręcz, kolejnego szczytu. To jakiś dramat! Michał mówi mi, że nie dotrzemy do mety prędzej jak 14’30, może nawet 15 godzin. Pada mi psycha! Jak tak, to po co to w ogóle kończyć, miałem plan na złamanie 13h wiedziałem, że to jest możliwe, a tak to mogę spacerem to przejść! Na dodatek Michałowi rozładowuje się zegarek teraz już nic nie wiemy! Jakie mamy tempo, jaki czas, nic! Michał chyba wyczuł, że straciłem wolę walki i jakąś nadludzką siłą zaczął cisnąć mocno do przodu, napierał nawet na podbiegach, podbudował mnie, teraz wiedziałem, że zależy mu nie tylko na skończeniu tego biegu ale walczy też z czasem. Biorę ostatniego żelka i gonię w trupa. Rany, jak mnie bolą stopy! Chyba mam tam jeden wielki pęcherz! Przeklinam, a właściwie drę się na całe gardło i biegnę dalej. Jesteśmy coraz bliżej szczytu i ponownie turyści dodają nam skrzydeł, doganiam Michała. Znów jesteśmy drużyną! Widoki są przepiękne! Warto było się tu wdrapać! Robimy fotkę,

Rzeźnik 2014 - gdzieś na Połoninie Caryńskiej

gdzieś w dole widzimy autokary, tam jest upragniona meta! Mam łzy w oczach, bolą mnie stopy! Przed nami około 4km dosyć stromego zbiegu z początku o piaskowo-szutrowym podłożu. Biegniemy tak szybko jak tylko potrafimy, wymijając kilka a może kilkanaście drużyn. Teraz podłoże przechodzi z szutru w skaliste, zdradliwe wysepki. To już 70-siąty któryś kilometr, biegniemy jak dwie drewniane kukiełki, tu już nie ma takiej sprawności i szybkości reakcji! My jednak nie zwalniamy, to już czysta ekwilibrystyka i wariactwo! Jeden błąd, jeden źle wymierzony skok może zakończyć nasz start tuż przed osiągnięciem mety. Wymijamy turystów i kolejne drużyny. Przeskakuję nad jakimś kamieniem wystającym z trawy i widzę, że to nie będzie łatwe lądowanie. Krzyczę w kierunku Michała UWAGA! Niestety nie usłyszał. Pytam czy wszystko w porządku, odpowiada, że tak. Dobra lecimy dalej, wpadamy do lasu, tu chyba znów jakieś karkołomne schody (coś mi się majaczy). Ból jest już prawie nie do zniesienia! Biegniemy dalej, doganiamy kolejną drużynę, pytam ile jeszcze; 2 km odpowiadają. Niech to szlag! Myślałem, że mniej, życzę im powodzenia i przyspieszamy. Jest kolejna drużyna; jaki mamy czas? pytam, ile do mety? 13’54, około 2 km. Co jest z tymi GPS’ami? Proponuję im wspólny bieg, nie reflektują. Nagle ktoś krzyczy: jeszcze 900 m! Droga zmienia swój kolor w czarny jak asfalt, bez kamieni, bez korzeni (chyba). Puszczam całkowicie hamulce, nic już nie boli! Nie wiem jakim tempem biegnę, ale chyba jeszcze nigdy tak szybko nie biegałem! Przeskakuję kolejne poprzeczne belki, wzmacniające drogę krzycząc i upewniając się, czy Michał jest za mną! Widzę pierwszy mostek, kładkę! Słyszę kibiców, meta musi być tuż, tuż! I nagle krzyk Michała „PIOTR, STÓJ!” Skórcz łydki, musimy przejść do marszu, wyprzedza nas jakaś drużyna. Znowu krzyk Michała, chyba przekleństwo :), potem „BIEGNIEMY!” Ruszamy, jeszcze jedna kładka, wybiegamy z lasu na mostek, ADRENALINA! Kibice nas dopingują, WBIEGAMY po schodach i przecinamy linię METY! 14h03:30,1 Przybijamy PIĄTKĘ! Dokonaliśmy tego, jesteśmy RZEŹNIKAMI! Jesteśmy ULTRASAMI!

Rzeźnik 2014 - jesteśmy na mecie
Rzeźnik 2014 - Michał i Piotr z zaprzyjaźnionej drużyny
Rzeźnik 2014 - ja na mecie

Pozostaje pewien niedosyt; mimo wspaniałej walki w końcówce, nie udało się zmieścić w 14h, nie udało się też zrealizować założonego przeze mnie od początku planu złamania 13h. Jednak niepodważalnym sukcesem jest przebiegnięcie 77 km wspólnie jako drużyna, wspólnie wspierając się na trasie w momentach kryzysu i zwątpienia, bez najmniejszego zgrzytu. Co więcej, dokonaliśmy tego mimo iż nie udało się nam wspólnie przygotowywać do tego trudnego biegu. Dzięki Michał!

Kolejnym sukcesem o którym wspomnę jest fakt iż wszystkie nasze zaprzyjaźnione drużyny z Trójmiasta, także ukończyły Bieg Rzeźnika i to ze wspaniałymi czasami:

Piotr Pelpliński i Dariusz Kokociński – Akademia Biegania – 11h58:15,9
Zwoliński Łukasz i Waldemar Miś – Akademia Biegania – 12h36:01,4
Ratkowski Wojciech i Wołyniec Wojciech – Akademia Biegania – 12h49:35,8
Gawlik Piotr i Dziuma Arkadiusz – Dirty Dogs 3 City – 13h51:46,0

Chciałbym serdecznie podziękować organizatorom Biegu Rzeźnika za zorganizowanie tej niesamowitej imprezy biegowej. Fakt, że to XI edycja, a zapisy trwały zaledwie kilka minut świadczy o Waszym profesjonalizmie i zaangażowaniu. DZIĘKUJĘ!

Dziękuję Wszystkim, którzy trzymali za mnie kciuki i Tym, którzy chcieli żebym jednak się potknął (daliście mi jeszcze więcej samozaparcia).

Dziękuję mojej żonie Kasi, która musiała znosić moje humory i upartość w czasie treningów i za jej wsparcie na trasie biegu.

Dziękuję Wszystkim z którymi mogłem trenować w grupach XTrainer, Akademia Biegania, CROW. Dzięki Wam dawałem z siebie wszystko i znalazłem się tu gdzie teraz jestem. Jesteście WSPANIALI!

DZIĘKI 🙂